Poszedł dietetyk do dietetyka, czyli jak nie powinna wyglądać wizyta u dietetyka…

wizyta u dietetyka

Poszedł dietetyk do dietetyka, czyli jak nie powinna wyglądać wizyta u dietetyka…

Nigdy nie ukrywałam przed Wami, że chociaż posiadam medyczne wykształcenie, to nie pracuję z pacjentami, tylko nieco uciekłam do marketingu medycznego. Ostatnio opublikowałam na blogu tekst o pozapłacowych benefitach pracowniczych, w którym szerzej opisałam abonamenty medyczne. Potrzeba udania się do kilku lekarzy specjalistów skłoniła mnie do poszerzenia abonamentu, który dotychczas posiadałam. Kiedy zobaczyłam, że w ramach pakietu znajduje się wizyta u dietetyka, natychmiast postanowiłam skorzystać. Stwierdziłam, że to świetna okazja, żeby sprawdzić, co oferują specjaliści w tej dziedzinie. Moje pierwsze spotkanie z dietetykiem było, delikatnie mówiąc, rozczarowujące.

Od razu zaznaczę, że w swoim wpisie skupię się na tej jednej wizycie, której sama doświadczyłam. Wiem, że jest wielu rewelacyjnych fachowców i nie chciałabym żadnego z nich urazić. Jestem jednak zaskoczona przebiegiem mojej wizyty i dlatego chcę się podzielić swoimi spostrzeżeniami, ku przestrodze dla nieświadomych pacjentów. Brak regulacji zawodu sprawia, że dietetykiem może być każdy, nawet samouk czy osoba po internetowym kursie. Dlatego tak ważna jest świadomość pacjenta, umiejętność oceny dietetyka i zdolność do zaufania odpowiedniemu.

Jak wyglądała moja pierwsza wizyta u dietetyka?

Moje spotkanie z dietetykiem zaczęło się już w poczekalni. Byłam zapisana na wizytę tego dnia jako pierwsza i przybyłam na miejsce przed panią dietetyk. Kiedy przechodziła obok mnie, uważnie mi się przyglądała, szczególnie obserwowała mój brzuch. Nawet jak zapytała, czy do niej czekam, to nie spojrzała mi w oczy. Niby drobiazg, ale dość krępujący.

Po wejściu do gabinetu padło pierwsze dziwnie skonstruowane pytanie: “Co Panią do mnie sprowadza, przecież ma Pani prawidłową masę ciała?!”. W tym momencie zapomniałam na chwilę języka w gębie, bo jak to? Tylko osoby z nadwagą powinny chodzić do dietetyka? A co z alergiami pokarmowymi, dolegliwościami po zjedzeniu pewnych produktów, chorobami, które wymagają zmiany diety lub po prostu z chęcią zmiany stylu życia na zdrowszy? No cóż… Ostatecznie powiedziałam, że zależy mi na przeprowadzeniu analizy masy ciała, bo jestem ciekawa proporcji w swoim ciele. Poza tym dodałam, że od kilkunastu lat zmagam się z silną anemią (to akurat prawda i temat anemii poruszam u wszystkich specjalistów, licząc, że może pojawi się nowy trop i uda się znaleźć jej przyczynę) i chętnie dowiem się, z czego może wynikać taka anemia. W trakcie rozmowy zgłosiłam jeszcze, że dużo pracuję, od rana jem mniej, a popołudniami mam tendencję do uzupełniania kalorii. To nie do końca prawda, ale faktycznie zdarzają się takie dni, kiedy w pracy nie mam czasu jeść, a później dopada mnie głód i najchętniej zjadłabym wszystko, wtedy też najchętniej chwytam słodycze. Postanowiłam też to zgłosić i posłuchać rad bardziej doświadczonej “koleżanki”.

Kiedy już powiedziałam o swoich problemach, przyszedł czas na “rozwiązanie” ich przez panią dietetyk. Sprawa okazała się prosta – analizy nie zrobimy, bo nie ma sprzętu, jest za to waga i centymetr… Hmm to jak u mnie w domu… Ale już, dałam się zważyć i zmierzyć. Zaskoczenia nie było, po raz kolejny usłyszałam, że wszystko jest w normie.

Jeśli chodzi o anemię, to według pani dietetyk “anemia jest chorobą sama w sobie i nie powinnam się doszukiwać innych przyczyn, innych chorób”… Ok, wolałabym tego nie słyszeć… Przecież anemia może być skutkiem wielu ciężkich chorób, trzeba je najpierw wykluczyć, zamiast stawiać takie odważne hipotezy!!! Rozumiem, że rolą dietetyka nie jest leczenie, ale skoro ma u siebie pacjenta, któremu sam nie potrafi/nie może pomóc, to dlaczego nie pokieruje go do odpowiedniego lekarza?

Na mój ostatni problem, czyli nieregularność w jedzeniu, pani dietetyk znalazła rozwiązanie – muszę wykupić u niej indywidualny jadłospis, która wymaga dopłaty, ponieważ układania spersonalizowanej diety nie ma w ramach pakietu… Kiedy podziękowałam, pani dietetyk wydrukowała mi ogólne zalecenia dietetyczne i czytając z kartek (!) monotonnym głosem, wyjaśniła mi, jakie wybierać tłuszcze, jakie węglowodany i jakie białka. Musiałam się pilnować, by nie zasnąć podczas tego “poczytaj mi mamo”. Te zalecenia były tak ogólne, że aż bolało. Zero słowa o tym, jak ważna jest woda, nic o błonniku, całkowite pominięcie tematu picia alkoholu, palenia papierosów… Aaa! Usłyszałam jeszcze, że słodycze mam jeść skoro mam prawidłową masę ciała. Z tym newsem też bym polemizowała. Absolutnie jestem daleka od zabraniania jedzenia słodyczy, natomiast zawsze chętnie wskazuję zdrowsze alternatywy i zachęcam do ograniczania niezdrowych przekąsek. Nie odważyłabym się powiedzieć “jesteś zdrowa, to jedz wszystkie świństwa”.

Co mi dała wizyta u dietetyka?

Nic, sprawiła jedynie, że poczułam się źle. Nic nie wniosła do mojego życia, co więcej, gdybym była nieświadomym pacjentem, pewnie zignorowałabym anemię, zaczęłabym objadać się słodyczami (przecież mogę, dietetyk pozwolił) i nadal nie wiedziałabym, co zrobić, by nie mieć napadów głodu. Bolał mnie też sposób przeprowadzenia wywiadu. Właściwie mogłabym stwierdzić, że go nie było. Nie było pytań dotyczących moich chorób, mojej rodziny, sposobu odżywiania się, aktywności fizycznej, snu… Dokładnie pamiętam, jak powinien wyglądać wywiad z pacjentem, jak bardzo jest ważne “wyciąganie” pewnych rzeczy, bo mimo że pacjentowi mogą wydawać się nieistotne, to jednak odgrywają kluczową rolę. Długo zastanawiałam się po tym spotkaniu, jak ktoś taki może pracować w przychodni, jak może przyjmować pacjentów. Dla mnie ta wizyta miała być ciekawostką, ale przecież dla wielu pacjentów spotkanie z dietetykiem jest nadzieją na poprawę zdrowia, komfortu życia, wyglądu…

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Jak udało mi się później ustalić, jadłospis powinnam dostać za darmo w ramach abonamentu medycznego. Pani dietetyk próbowała mnie więc po prostu naciągnąć.

 

Manager Zdrowia

Zdrowy styl życia to nie tylko mój wybór, ale też wielka pasja. Nie miałam więc nigdy wątpliwości, że muszę zdobyć medyczne wykształcenie. W efekcie mogę cieszyć się tytułem magistra zdrowia publicznego i dietetyka. W swojej codziennej pracy zajmuję się marketingiem a z moich licznych obowiązków największą radość sprawia mi właśnie pisanie. Kiedy zastanawiałam się jak wykorzystać swoją miłość do tematów zdrowotnych i doświadczenie marketingowe, wpadłam na pomysł promocji zdrowia poprzez copywriting medyczny. Chciałabym, żeby teksty, które piszę na potrzeby swoich klientów i własnego bloga, zachęciły czytelników do wprowadzenia do swojego życia dobrych nawyków i wpłynęły pozytywnie na stan zdrowia.

Dodaj komentarz